sobota, 26 listopada 2016

LBA chyba czwarte

Jestem chora i nie bardzo chce mi się trzymać schematu, który dotychczas usiłowałam utrzymać w postach.
Nominowała mnie Vicky, raczej wiecie skąd.
1. Czy masz w swoim pokoju obrazy, zdjęcia? Jeśli tak, opisz je.
Nie mam nic. Tylko kalendarz, który zawsze mi zlatuje na łeb i wiecznie krzywo powieszoną mapę.
2. Ile razy dziennie czeszesz włosy?
Raz, rano. W soboty czasami mam takiego lenia, że sobie daruję nawet to.
3. Jaką religię wyznajesz?
Kościół rzymskokatolicki.Ogółem mam troszkę przeinaczone poglądy od tych co głosi kościół, ale toleruję, bo coś jednak spajać chrześcijan musi.
 4. Czy ciebie i twoją przyjaciółkę łączą podobieństwa, czy też przeciwieństwa?
Raczej jesteśmy podobne, ale jednak się sporo różnimy. Znaczy razem jesteśmy mega zgraną drużyną, nie kłócimy się, rozumiemy się nawzajem, robimy za siebie zadania domowe itd. Jednak przeważnie się różnimy. Ale to dobrze, bo działa to w formie uzupełniania siebie razem.
5. Lubisz ludzi?
Jestem lekko apatyczna w stosunku do nich. Lubię tych, których znam dłużej i wiem, że są naprawdę spoko ludźmi.
 6. Co zwykle jesz na śniadanie?
Przeważnie nie jem śniadań. Nie liczę drugiego śniadania. W piątek staram się coś zjeść, bo pierwsza lekcja to w-f. No i w weekendy mam czas, więc jem co mi w łapki wpadnie.
7. Ulubione skarpetki?
Grube, czerwone, ciepłe skarpetki w renifery. Zwinęłam siostrze jedna parę i mam dwie.
8. Masz wadę wzroku? Jaką?
Mam. -2,50 na każde oko. Chociaż teraz na lewym mam większą, ale nie wiem jaką, bo w grudniu do okulisty dopiero.
 9. Ulubiona herbata?
Tak zwana zwykła. Bez różnicy czy lipton czy dilmah.
10. Cecha ludzka, której nie znosisz?
Nie lubię jak ludzie nie dają sobie pomóc. Albo chociaż się uświadomić. To nie jest może do końca zła cecha, bo przecież takie wmuszanie swoich poglądów nie jest za fajne. Ale chodzi mi o to, że mógłby je ktoś chociaż przyjąć do wiadomości, przetrawić i zrobić z tym co chce. A nie się wypierać nie dając mi skończyć zdania.
Nie lubię też tego, że niektórzy wykorzystują swoją pozycję przeciwko mnie, gdy już skończą im się argumenty. Tym bardziej, że ja przeważnie wtedy jestem najbardziej elokwentna i mi się obrywa za mówienie swojego zdania tak naprawdę.
11. Ulubione zwierzę?
Pies. Bo smoków raczej nie liczymy, nie?

Nie nominuję nikogo, no way.
Mam jeszcze z trzy nominacje na wattpadzie, ale raczej ich nie zrobię, bo są zakopane głęboko w powiadomieniach.
Adios ludziska

sobota, 29 października 2016

[DAW] Rozdział 27 - Przepowiednie nie zawsze się spełniają.




Eragon:
- Już czas – powiedziałem.
Przede mną rozlegał się widok na ogromny ocean, niebieskie niebo, z wielkimi pierzastymi chmurami. Stałem na najbardziej wysuniętej na zachód skale Vroengardu. Spojrzałem w dół, na rękę w której znajdowała się kartka. Ta sama kartka, którą znalazłem trzy lata temu w swojej kieszeni. Ta sama kartka, na której są zapisane słowa dotyczące przyszłości.
- Mistrzu – odezwała się Jade, jedna z najlepiej aspirujących Jeźdźców nowej ery. – Jesteśmy gotowi.
Razem ze swoją smoczycą Fricai oraz pierwszym przybyłym na wyspę nowym Jeźdźcem, krasnoludem Tanesenem i jego smokiem Brevianem mieli się udać w zastępstwie za mnie do świata herosów i czarodziejów.
- Eragonie, nie czekamy na Aryę i Firnena? -  zapytała Saphira, lądując obok mnie.
W ciągu ośmiu lat od pokonania Galbatorixa znacząco urosła. Rozmiarami dwukrotnie przewyższała siebie z tamtych czasów.
- Nie wiadomo czy w ogóle przylecą. Nie otrzymałem odpowiedzi.
- Myślę, że przybędą. Ale zaczynajmy.
Skinąłem głową na Jade, a ona podała mi jedyną rzecz zdolną otworzyć portal do innego świata. Serce Obliviusa zostało naprawione przez najlepszych magów jacy istnieli w Alagaesii. Nie było widać żadnych śladów po pęknięciu.
Ostrożnie ująłem serce i zacząłem wypowiadać pradawne słowa. Czułem jak moc Eldunari, znajdujących się na wyspie przepływa przeze mnie i wspomaga zaklęcie rzucane przeze mnie. Wszystko trwało niemiłosiernie długo, ale gdy już skończyłem, miałem wrażenie jakby minęła zaledwie sekunda.
Serce zaczęło się mienić na niebiesko. Wydawało się, że ledwie widoczny pyłek unosi się ku niebu i sprawia, że światło zaczyna się załamywać, tworząc znany mi tak dobrze portal. I rzeczywiście tak było.
Przejście zostało stworzone, jednak przedmiot dzięki któremu powstało wciąż emanował niebieskim blaskiem.
Wziąłem głęboki oddech.
- Jade, Tanesenie, Fricai i Brevianie. Wiecie co macie robić. Atra esterni ono thelduin.
- Żegnaj mistrzu – odrzekli wspólnie.
Jade wsiadła na białą smoczycę i pochyliła się nad jej szyją. Fricai napięła mięśnie, szykują się do skoku. Tymczasem krasnolud wdrapał się na grzbiet Breviana i poprawił swój hełm, który przekrzywił mu się w trakcie wspinaczki.
- Lećcie i oby wiatry wam sprzyjały – powiedziała Saphira.
Nagle biała smoczyca zamieniła się w jasną smugę. Jade i Fricai wskoczyły w portal.
Brevian warknął, jakby urażony, tym że to nie on był pierwszy. Lekko rozchylił skrzydła i rozpędził się, by po chwili zniknąć w portalu, który zaczął już się zamykać.
Obróciłem się ku mojej towarzyszce duszy i serca, zamierzając ją dosiąść.
Wtem poczułem narastające drżenie pod moimi stopami. Serce Obliviusa z delikatnego niebieskiego światła zamieniło się w małe słońce, tak oślepiające, że musiałem zmrużyć oczy, by nie oślepnąć. Poczułem jak parzy moją rękę i upuściłem je z syknięciem.
Saphira ryknęła ogłuszająco.
I wtedy serce wybuchło, a moją jedyną myślą było słowo skolir. Ochrona.
Poczułem jak wybucham. Nie dlatego, że serce wybuchło.
Tylko dlatego, że rozsadziła mnie energia.
Zamiast oślepiającego światła, wokół mnie panowała ciemność.
O ile istniałem jeszcze jakiś ja.
Bo czy warto jest rozróżniać osoby skoro zostałem sam?
Sam na wieczność.
Percy:
Był ładny, słoneczny dzień. Ćwiczyłem na arenie szermierkę z manekinami,  gdy nagle poczułem jak coś mnie przygniata. Coś co ważyło więcej niż mój pies, który jest trochę większy od przeciętnego psiaka.
Wydałem z siebie zduszony jęk, a ciężar nagle zniknął. Ból dotychczas skumulowany u szczytu pleców rozpłynął się po całym ciele, tak że omal nie krzyknąłem, ale po chwili odczułem ulgę. Jeszcze lekko obolały podniosłem się na nogi i spojrzałem za siebie.
Olbrzymie białe cielsko przysiadło na środku areny. Jasnofioletowe smocze tęczówki patrzyły na mnie z góry. Usłyszałem śmiech, dochodzący zza głowy stwora.
- Wybacz! – krzyknęła dziewczyna, wychylając się zza szpikulca na grzbiecie smoka.
Zgrabnie zeskoczyła na ziemię i podeszła do mnie z uśmiechem.
- Percy Jackson, tak? – zapytała.
Pokiwałem niepewnie głową, nie bardzo wiedząc co robić. Atakować, ogłosić kapitulację, zaprosić na kebaba? Dziewczyna jednak nie oczekiwała ode mnie jakichkolwiek słów, bo sama zaczęła mówić.
- Jestem Jade, a to moja smoczyca Fricai. Przysłał nas Eragon.
- Eragon? – zapytałem zdziwiony. – Nie znam żadnego Eragona.
Spojrzała na mnie groźnie.
- Nie kłam. Pamięć powinna ci wrócić parę godzin temu.
- Co? Jaka pamięć? – Byłem zbity z tropu. Nie miałem pojęcia o czym gada ta dziewczyna. Czułem jedynie niepokój, przeszywający całe moje ciało, związany z wzrokiem wpatrującego się we mnie smoka.
Zdawało się, że Jade rozmawia z Fricai, bo obróciła głowę w stronę smoczycy, jednak nie było słychać, by ktokolwiek się odzywał. Postanowiłem zaryzykować. Chwyciłem Orkana, który wypadł mi z ręki w chwili upadku.
- Mów, po co tu przyszłyście! – zawołałem, wyciągając rękę z mieczem w ich stronę.
Dziewczyna spojrzała niepewnie na Fricai.
- On chyba naprawdę nic nie pamięta.
Nagle ziemia pod moimi stopami zaczęła drżeć, jakby miało sie zacząć trzęsienie ziemi. Rozejrzałem się dookoła. Manekiny także to odczuły. Zaczęły się chwiać i drżeć, w rytm drgań podłoża.
- Co wy zrobiłyście?
Tym razem to na twarzy Jade malowało się przerażenie.
- To nie my.
Wtem coś szarpnęło i upadłem. Przede mną, w ziemi powstała szczelina. Powoli się rozszerzała i wydłużała, aż nagle z wystrzeliła w stronę zabudowań Obozu, dzieląc ziemię na pół.
Zacząłem biec wzdłuż szczeliny z jednym słowem na ustach.
- Annabeth! – krzyknąłem.
Hermiona:
- Co tu się dzieje?! – krzyknęłam do krasnoluda, który przybył do Hogwartu na swoim czerwonym smoku, Brevianie.
- Nie mam pojęcia – odkrzyknął.
Przybył zaledwie parę minut temu i zdążył nam wyjaśnić, że został wysłany przez Eragona i Saphirę, ponieważ znaleźli przepowiednię nas dotyczącą.
Parę godzin wcześniej dostałam wielkiego oszołomienia, gdy wszystkie moje wspomnienia, z równoległego czasu zaczęły powracać. Wciąż byłam jeszcze trochę zdezorientowana. Ale gdy nagle w naszą stronę zaczęła mknąć szczelina, cały czas się wydłużająca, nie rozumiałam już niczego.
Harry zaczął strzelać w nią różnymi zaklęciami, ale został porwany przez Breviana w momencie, w którym ziemia pod nim miała się zapaść.
Ron jednak nie miał takiego szczęścia. Z wrzaskiem spadł w głąb ziemi. (Można też uznać, że spadł z klifu :P)
Nie mieliśmy czasu, by  rozpaczać. Musieliśmy uciekać. Niewiele zastanawiając się nad wyborem miejsca, do którego chcę się udać, teleportowałam się.
I to był błąd.
Zamiast jakiegokolwiek miejsca na świecie, pojawiłam się w ciemności.
Annabeth:
Razem ze wspomnieniami przyszło też trzęsienie ziemi. Budynki burzyły się, drzewa upadały, a najgorsza była ogromna szczelina przecinająca Obóz na pół i ciągnąca się w nieskończoność. Do tego cały czas się poszerzała.
Usłyszałam Percy’ego, biegnącego po drugiej stronie szpary. A nad nim białego smoka. Czymkolwiek by on nie był, krzyknęłam:
- Percy! Uważaj!
Mój chłopak został chwycony w szpony skrzydlatej jaszczurki, która następnie skierowała się w moją stronę. Jackson wyciągnął rękę, jakby chciał żebym ją złapała, gd tylko jej dosięgnę. To jednak się nie stało. Szczelina poszerzyła się po raz kolejny, usuwając ziemię spod moich stóp, a ja spadłam w dół nie mając żadnej szansy na przeżycie.
Ostatnie co poczułam to okropne gorąco. Ostatnie to zobaczyłam to płomienie, spowijające moje ciało. Ostatnie co pomyślałam to to, że Percy nigdy nie dowie się, że miał zostać ojcem.
Harry:
Miałem nadzieję, że na szczelinie i zawalających budynkach się skończy. Jednak z wnętrza ziemi zaczęły wystrzeliwać wielkie kule ognia. Brevian próbował je omijać lecz z marnym skutkiem. Jedna trafiła go w skrzydło, odrywając je od reszty ciała. Z wielkim impetem wpadł do jeziora koło Hogwartu. Próbowałem się wydostać z spod smoka i wypłynąć na powierzchnię, ale wtedy na dnie jeziora pojawiło się pęknięcie, które zaczęło wciągać wodę, a razem z nią i mnie. Nim jednak zostałem wessany, poczułem, że moim płucom brakuje powietrza. Chcąc nie chcąc otworzyłem usta, wpuszczając do nich wodę.
 Nie pamiętam co się potem stało.
Percy:
- Jade! – wrzasnąłem. – Musimy ją złapać! Annabeth!
- Już jej nie uratujemy! – usłyszałem.  – Jeśli nie rozbiła się na kawałki na dnie tej szczeliny to zabiły ją te kule.
Co z tego, że cały świat właśnie płonie. Straciłem miłość mojego życia. Chciałbym móc żyć dalej, lecz nawet jeśli wszystko co się dzieje dookoła mnie wróciłoby do normy, to już nie byłoby to samo.
- Już nic nie da się zrobić – szepnąłem i ciąłem Orkanem w łapę Fricai, która mnie trzymała.
Smoczyca ryknęła z bólu i wypuściła mnie.
Spadałem ku płonącej ziemi. Ku miejscu gdzie kiedyś stał mój dom, gdzie byli moi przyjaciele. A teraz wszyscy spłonęli. Tak jak ja.
Nade mną, salwa ognistych kul trafiła w Jade i Fricai, a te zginęły w najjaśniejszym świetle tego świata.
Arya:
- Eragonie, co ty zrobiłeś.
Łzy spływały po moich policzkach, gdy razem z Firnenem  szybowaliśmy nad miejscem wybuchu. Eragon ochronił przed wybuchem wszystkich. Tylko nie siebie. I nie Saphiry. Smoczyca zginęła razem ze swoim Jeźdźcem.
Ale wybuch nie był jedynym skutkiem ubocznym działania serca.
Wyspa zatapiała się powoli coraz bardziej. Wody wzburzyły się, na pogodne niebo wsunęły się czarne chmury, z których zaczął padać deszcz.
Nie było dla nas innego ratunku, niż zbudować statki i jak najszybciej odpłynąć w poszukiwaniu lądu, który mógłby nas uratować. Nie mogliśmy wrócić do Alagaesii. Tamtejsze ziemie także się zatapiały.
Nigdy nie uda nam się wybudować wystarczająco dużo statków, by uratować wszystko co żyje. A nawet jeśli, to nie wiadomo czy uda nam się odnaleźć jakikolwiek inny ląd, który zdołałby nas wyżywić.
Byliśmy skończeni.
W tym momencie wielka fala rozbiła się o bok jednej z gór Vroengardu, odłamując jej część od reszty wyspy. Ze środka wytrysnęła wielka ilość lawy, która w szybkim czasie zalała połowę lądu.
Wszyscy mieszkańcy zdołali się ewakuować, ponieważ mieli smoki. Latali w powietrzu tak jak my i obserwowali co się dzieje z ich domem.
Kolejna fala jeszcze większa od poprzedniej, płynęła w kierunku wyspy. Znów rozbiła się, zabierając przy okazji wielki kawał ziemi i paru jeźdźców z ich smokami, którzy latali zbyt nisko i dali się pochwycić fali.
Z chmur zaczęły ciskać pioruny. Cała masa błyskawic. Bez przerwy słychać było grzmoty, oślepiające światło było wszędzie.
Nie mieliśmy żadnych szans na przetrwanie.
Piorun uderzył we mnie i Firnena. Inne uderzyły w pozostałych.
I mimo iż przed chwilą było tak jasno, spowiła nas ciemność.
Nie nas.
Mnie.
Byłam tylko ja.
Elise:
Dobrze wiedziałam co się działo.
Budynki się burzyły. Morza wychodziły poza swoje zbiorniki i zalewały wszystko dookoła. Wielka szczelina przedzieliła cały świat na pół i żarłocznie pochłaniała pozostałe części Ziemi. Ogniste kule wystrzeliwały ze środka, paląc wszystko. Świat przełamał się na pół, stanął w płomieniach. Miliony ludzi właśnie ginęły, miliardy miały zginąć.
Już za chwilę.
Ogień otaczał mnie dookoła. Mnie i miejsce, w którym znajdowała się jedna z najniebezpieczniejszych bomb na świecie. Kiedy ogień do niej dotrze, wszystko wybuchnie. A ja  pierwsza.
Zastanawiałam się co z się dzieje z Nazarem. Czy już zginął? Czy jeszcze żyje? Może znalazł jakiś sposób, by się uratować?
W końcu udało mu się poznać przepowiednię, która znajduje się w innym świecie.
Właśnie, przepowiednię.

Troje herosów z siódemki wyruszy
I trójka czarodziejów o niegdyś szczęśliwej duszy,
Po półboga w wielkiej, bezlistnej głuszy.
Domia Abr Wyrda władzę Losu ukruszy.
Pies, uważany za zmarłego,
Odnajdzie pas Belotha Mądrego.
Przed letnim przesileniem z córką Pana wrócić muszą,
Bo Potwora Morza we śnie pogrążonego poruszą.

Ta przepowiednia to jedyna rzecz, przez którą trzymają się mnie resztki nadziei. Przepowiednie zawsze się spełniają. Więc ta też musi. Dopóki zadanie wciąż nie jest wykonane, a prorocze słowa się nie spełnią, świat nie może zniknąć ot tak.
A może jednak może.
Ogień sięgał już moich stóp. Za moimi plecami była bomba. Czułam gorąco emanujące jednocześnie od ognia i od rozgrzewającej się powierzchni ładunku wybuchowego. Od śmierci dzieliły mnie zaledwie sekundy.
***
Śmierć rzadko jest tak heroiczna i wzruszająca jak w książkach ich filmach. Można zginąć nie będąc przez nikogo opłakiwanym, nie poświęcając dla nikogo swojego życia, umierając po wielu latach życia, śmiercią na którą się już oczekiwało.
Ja też oczekiwałam na śmierć. Ale ta nie przyszła wtedy kiedy chciałam. Ona nigdy nie przychodzi wtedy kiedy się chce.
A jedyne co pożądanego przynosi, to ulgę. Ulgę od życia przepełnionego bólem. Ale czy po śmierci jest lepiej?
Wybuchnęłam, a może spłonęłam. Nie pamiętam.
Najgorsze jest to, że nie ma mi kto przypomnieć.
Że w tej ciemności jestem tylko ja.
Że samotność, której często, tak pragnęłam, teraz zaczęła mi przeszkadzać.
Śmierć w żadnym wypadku nie jest formą odpoczynku.
Narrator:
Ziemia wybuchła. Rozpadła się na pył, a on jeszcze spłonął. Wszechświat pozostał pusty. Nie było, żadnego słońca, żadnych gwiazd. One też wybuchły. Dla kogo mają świecić, jeśli nie ma już ludzi, roślin i zwierząt, którzy by ich potrzebowali? Nie ma żadnych planet, dróg mlecznych, czarnych dziur. Wszystko zniknęło.
Wszędzie zaległa cisza i ciemność.
Teraz istniały dwie ciemności.
Jedna, do której trafiali umarli i druga, ta tutaj.
Czym jednak jedna różni się od drugiej skoro, w żadnej nie było ani światła, ani życia, ani nawet jednego odgłosu?
Mrok. Mrok spowijał wszystko. Nie obchodziły go żadne przepowiednie, żywot miliardów ludzi. Pochłonął nawet równoległe światy.
Nie istniało już coś takiego jak Alagaesia. Nie istniało nic takiego jak Narnia. Nie istniało nic.
Pustka.
Ale nadzieja jest zawsze, nawet wtedy gdy nie ma już kto jej żywić.
W tej pustce, w ciemności, w mroku, w oddali zaświeciło się małe światełko. Migało jak płomień szargany przez wiatr, płomień który za chwilę miał zgasnąć. Ale nie zgasł. Zaczął świecić jeszcze mocniej. Świecił białym, mocnym światłem, które rozdzierało mrok, które nie dało ciemności zatriumfować.
Maleńki punkcik nagle wydał z siebie odgłos. Przeciągły ryk, którego zgodnie z prawami fizyki nie powinno być słychać. Ale ryczał, a jego ryk było słychać w całym wszechświecie.
I wtedy dookoła tego jednego małego światełka pojawiło się tysiące innych. Każde w innym kolorze, jedne większe, drugie mniejsze.  I wszystkie ryknęły na wzór tego pierwszego.
A gdy wszystkie ryki umilkły, dało się usłyszeć jakby wichurę, cały czas ruszające się powietrze, którego przecież nie powinno być.
Wiatr. Wiatr tworzony przez tysiące skrzydeł, należących do ryczących, świecących punkcików.
Do smoków.
THE END
==========

środa, 26 października 2016

Dawne Przygody (Ginny) - Część pierwsza



 Przed wami ponad dziewięć tysięcy słów Dawnych Przygód. Więc nie bijcie za przecinki, kropki i orty. Naprawdę nie chce mi się dzisiaj tego sprawdzać. Oczywiście zapraszam na to Dawne Przygody w wersji Vittorii.
Na początku może być trochę inny styl pisania, ale to przez prawie roczną różnicę pomiędzy fragmentami.
A teraz czytajcie.
==========
Ginny:
Dawno, dawno temu, czyli dziewięć lat przedtem, żyła sobie sześcioletnia dziewczynka. Miała kochającego ojca, ładny dom, największym jej kłopotem były koszmary. Wszystko byłoby równie cudowne gdyby nie nowa praca jej taty, Adama.
Wtedy piękne życie się skończyło.
Wtedy pojawiło się mnóstwo niewyjaśnionych tajemnic.
Wtedy dziewczynka miała inne powody do zmartwień  niż koszmary.
Wtedy, zaczęłam się bać.
***
Wszystko zaczęło się rok po przyjęciu ojca do nowej pracy.
Pewnego czerwcowego wieczora siedziałam na tarasie naszego domu, grając sama z sobą w szachy w towarzystwie zaprzyjaźnionego, bezdomnego psa Dude'a. Pewnie zastanawiacie się jak to możliwe, że sześciolatka gra w szachy zamiast ganiać w berka z dzieciakami. Już wtedy nie miałam zbyt dużej potrzeby przebywania w towarzystwie ludzi. Oczywiście, lubiłam to, lecz nie było mi to potrzebne do szczęścia. O wiele bardziej interesowało mnie granie w szachy niż bezmyślne uganianie się za innymi dzieciakami. Co do psa. Był skrzyżowaniem goldena retrivera z jakimś mniejszym mniej włochatym psem, bo był równie przyjacielski jak golden, ale mniejszy i miał krótsze włosy.  Znaleźliśmy go na ulicy i chcieliśmy przygarnąć, Dude jednak wolał żyć sam. Mimo to prawie codziennie do nas przychodził i dotrzymywał mi towarzystwa gdy nie było taty. Kolejna dziwna rzecz. Sześciolatka sama w domu? Jeśli o to chodzi, to ojciec w pełni mi ufał, a ja byłam bardzo odpowiedzialna jak na mój wiek. Zawsze była jeszcze sąsiadka, która co jakiś czas sprawdzała czy nic mi nie jest. Tak było tylko w tym roku i tylko w wakacje ( u nas wakacje zaczynają się w czerwcu).
Wracając do początkowego tematu. Siedziałam na tarasie w oczekiwaniu na tatę. Dude leżał obok mnie obserwując jak gram i wygrzewając się w promieniach zachodzącego słońca. Nagle pojawił się ojciec i bez słowa mnie przytulił. Potem obrócił mnie ku sobie i powiedział.
- Posłuchaj mnie uważnie. Teraz zabieram cię ze sobą do pracy. Jesteś mi potrzebna. Gdy będziemy na miejscu z nikim nie rozmawiaj, nikomu nie pokazuj twarzy, nie odłączaj się ode mnie. Gdyby się coś stało, uciekaj. Nie czekaj na mnie. Pamiętaj o wszystkim co ci mówiłem na temat strefy 51.
Byłam parę razy z tatą w pracy, ale nigdy nie dał mi podobnych restrykcji.
I mam coś dla ciebie. - Wyciągnął ze swojej torby dwa karwasze. - To są ukryte ostrza. Działają na zasadzie odginania nadgarstków.  - Założył jedno i odgiął nadgarstek. Od spodniej części ręki, z karwasza wysunęło się ostrze. Gdy zginał przegub z powrotem, ostrze chowało się.
- Na każdym z nich masz dwa guziki. Ten bardziej z przodu dłuży do blokowania ostrzy. Gdy są schowane nie wysuną się, a gdy są wysunięte nie schowają się. Drugi guzik na lewym służy do  otwierania i zamykania tarczy. - Zademonstrował jak okrągła, szara tarcza rozkłada się z małych części pojawiających się na czarnym karwaszu i jak zamyka się w podobny sposób. Otworzenie i zamknięcie trwały zaledwie po sekundę.
- A na prawym? - zapytałam zachwycona.
- Na prawym są gwiazdki do strzelania. Widzisz to małe wybrzuszenie? Ma dwie szpary, z przodu i od wewnętrznej strony. Od wewnątrz pakujesz gwiazdki, z przodu wylatują wystrzelone. - Także zademonstrował strzelając gwiazdką w dal.
- Ale tato, one mi będą za duże. Pasują na twoje ręce - zauważyłam z żalem, bo na prawdę chciałam je przyjąć.
- I ma to mam rozwiązanie. Tutaj masz rzemyki. Nimi możesz regulować rozmiar, w miarę jak będziesz rosnąć. Wyciągnij ręce - dodał.
Wyciągnęłam ręce z uśmiechem patrząc jak tata mi je zakłada.
- Dzięki - powiedziałam.
- Proszę bardzo. Twoja mama mi je dała bym przekazał tobie, gdy podrośniesz. Co prawda, trochę je ulepszyłem - powiedział pokazując różdżkę. – Używaj ich dobrze i godnie.
Tata był czarodziejem, tak jak dziadek  Eugene. Uczył się w Hogwarcie w Anglii, ale po zakończeniu nauki przeprowadził się do Ameryki w poszukiwaniu lepszej pracy. W Nowym Jorku spotkał moją mamę. Mama jednak nas opuściła zostawiając wychowanie mnie Adamowi. Tata nie miał jej tego za złe. Mówił że tak musiało być.  Cztery i pół roku później przeprowadził się tutaj, do Alamo. Głównie dla tego, że zaproponowano mu nową pracę, a po części , bo Nowy Jork za bardzo przypominał mu o mamie.
- Jest jeszcze jedna sprawa. – Chwycił mnie za rękę i poprowadził w głąb domu. Zaciekawiony Dude podreptał za nami.
Ojciec zaprowadził mnie przed biblioteczkę.
- Yyyyy… i co? – zapytałam, nie bardzo rozumiejąc o co mu chodzi.
- Te książki dostałem od twojej babci. Przekazała mi je, bym mógł się uczyć, ale nigdy nie podążyłem tą samą drogą co ona. Książki mogą ci się kiedyś przydać, choć wszystkie są zablokowane i od teraz tylko dwie osoby  mogą dowiedzieć się co jest w środku. A jedną z nich jesteś ty. Jednak sposób w jaki musisz to zrobić, sama będziesz musiała odkryć. Nie ignoruj tych ksiąg. Wśród nich jest  coś czego musisz strzec i wyjawić w razie potrzeby – jego głos był pełen napięcia, ale po chwili złagodniał. – Gdy nadejdzie czas będziesz wiedziała.
Pogubiłam się w tym wszystkim, ale postanowiłam nie pytać, bo tata wyglądał jakby powiedział już wszystko co musiał.
- Tato, ale po co my tak właściwie idziemy do ciebie do pracy? – zapytałam w końcu, całkowicie z innej beczki.
- Po coś co jest w niewłaściwych rękach. Po kogoś kto pomoże znieść ci trudy tego życia. Bez niego nie wypełnisz swojej misji. A jeśli nie odbierzemy tego tamtym ludziom stanie się coś bardzo, bardzo złego. Potrzebuję ciebie byś pomogła mi to zdobyć. Nikt nie ma twojego mózgu, ani twojego serca. A teraz chodź.
I pociągnął mnie do samochodu, zostawiając Dude’a samego.
***
- Dobra, teraz idź przodem. – Tata delikatnie pchnął mnie w plecy bym weszła do budynku.
Postawiłam ostrożnie krok, przechodząc przez drzwi.
- A teraz złap mnie za rękę i nie puszczaj, póki nie przejdę – powiedział  i wystawił rękę. Wprowadziłam go do środka.  – Dzieci są zbyt niewinne i nie mają zmartwień, które bariera mogłaby wykorzystać przeciwko im. Dzięki temu jesteś swoją i moją tarczą ochronną, Ginny. Można jeszcze wykorzystać cesarskie złoto, ale nie wiem skąd to się bierze.
Normalnie wchodziliśmy innym wejściem. Ale raz udało mi się zauważyć kamerę. Dlatego tata wybrał to przejście.
Poprowadził mnie przez mnóstwo ciemnych i jasnych korytarzy, mijaliśmy setki drzwi, otwartych i zamkniętych. Za każdym razem gdy zdawało nam się, że ktoś idzie chowaliśmy się za najbliższym rogiem lub za pobliskimi drzwiami. W końcu dotarliśmy do wielkiej, okrągłej sali. Tata szczelnie zamknął drzwi. Wszystko było nieskazitelnie białe. Nie było widać żadnej szczeliny, żadnego źródła światła, choć było jasno.
Ojciec przyłożył jakiś dziwny, podłużny przedmiot do ściany i coś na niej nabazgrał. Po chwili na reszcie ściany pojawiły się słowa po łacinie. Rozpoznałam, że to łacina, bo tata trochę mnie jej nauczył.
-Ginny, mogę nauczyć cię jednego języka jakiegokolwiek będziesz chciała. Wybierz sobie jakiś.
Przypomnijmy, że zwracał się do pięciolatki.
- A jest język, dzięki któremu wszyscy będą mnie rozumieć?
Tata zamyślił się.
- Niestety nie ma takiego. Ale jest język, z którego wywodzi się sporo innych, więc są do niego podobne. To łacina.
- Naucz mnie łaciny tato! Może wreszcie ta pani z domu obok zrozumie wreszcie co do niej mówię!
Potrząsnęłam głową wyrzucając wspomnienie sprzed oczu. Słowa były równo ułożone w równych rzędach. Wypisane były na płytkach, których wcześniej nie było. Zdawało się, że te płytki da się wdusić do środka. Słowa nie tworzyły zdań jeśli by czytać w jednej linii. Jednak gdyby je pomieszać… kombinacji było tak wiele, że tydzień nie starczyłby na wypisanie wszystkich propozycji, a co dopiero wybraniu konkretnej.
- Rozumiesz coś z tego? – zapytał tata.
- Nieszczególnie. Trzeba z tego ułożyć zdanie. Chyba. Masz jakiś pomysł?
- Mój szef jest nienormalny? – podsunął.
Dało się ułożyć takie zdanie, ale naprawdę wątpiłam czy ktoś kto zakładał te zabezpieczenia postanowił użyć takiego hasła. Ja na miejscu jego przełożonego rozwiałabym doszczętnie nadzieje awansu.
- Nie macie jakiegoś motta? Albo jakiegoś specjalnego zwrotu, którym się witacie?
Tata zmarszczył brwi, jak zawsze kiedy się zastanawiał.
- Witaj obcy z planety X, gadaj, bo jak nie to po tobie? Albo: wszystko co robimy, jakkolwiek złe by się to wydawało, robimy z myślą o ludzkości.
Przetłumaczyłam drugie zdanie na łacinę. Policzyłam ilość słów. Zgadzała się z ilością rzędów.
- Co się stanie jeśli podamy złe hasło? – zapytałam próbując ukryć panikę w głosie.
- W najlepszym przypadku znajdą nas i wsadzą do celi z lawą kapiącą z sufitu.
Wiem co teraz mogliście sobie pomyśleć. Jaki ojciec ryzykuje życie swojego dziecka, żeby zyskać jakieś dziwne coś? Rzecz w tym, że mój tata był mądry. Wiedział, że bez tego nie dam rady przeżyć, więc prędzej czy później bym zginęła.
Raz kozie śmierć. Nadusiłam pierwszą płytkę ze słowem. Nic się nie stało. Wcisnęłam kolejną. Znów nic. Następne musiał wciskać tata, bo były za wysoko, a inne wciskał za pomocą zaklęcia ponieważ były poza zasięgiem naszych rąk. Ostatnią, na samym dole, wcisnęłam ja.
Gdy skończyłam, na dwóch przeciwległych ścianach pojawiły się ledwo widoczne, śnieżnobiałe drzwi.
- Złe drzwi uruchomią alarm – powiedział głośnym szeptem tata.
- A które to są złe drzwi? – zapytałam, przyglądając się dokładnie obu drzwiom. – Nie różnią się niczym.
- Które są dobre, wie tylko ten, który ma prawo tu wchodzić. Musimy zgadywać.
Spojrzałam na obie pary wejść. Nic, kompletnie nic nie wskazywało, które z nich mogłyby być tymi właściwymi.
- Może lewe? We wszelkich opowiadaniach lewe zawsze prowadzą do celu. Chyba, że patrzy się na to z drugiej strony. Wtedy prawe są lewymi, a lewe prawymi – zastanawiałam się.
- W takim razie weźmy lewe. – Tata podszedł do nich, a ja za nim. Nacisnął klamkę i pchnął je lekko.
Wtedy niesamowicie drażniący dźwięk dotarł do naszych uszu. Alarm. Mnie tylko drażnił, choć trudniej przychodziło mi myślenie. Za to ojciec padł na kolana przyciskając ręce do uszu i zwijając się z bólu.
Musimy uciekać  pomyślałam. – Drugie lewe drzwi.
Złapałam tatę za ramiona i pomogłam mu wstać.  Szedł wolno i co chwilę by się wywracał gdybym go nie podtrzymywała, a i to ledwo robiłam, bo był dla mnie za ciężki. Jakoś dotarliśmy do drzwi, a w chwili gdy je zamykałam zobaczyłam jak do sali wbiega dwójka ludzi z różdżkami. Gdy je zamknęłam dźwięk alarmu przestał do nas dobiegać. Tata już stał sam, o własnych siłach. Gdy zorientował się gdzie jest, wyjął różdżkę i rzucił parę zaklęć, które sam wymyślił, na drzwi, by nikt nie zdołał się dostać do korytarza, w którym się znajdowaliśmy.
Szedł przodem. W ciasnym korytarzu z czystej bieli nie było żadnych rozdroży. Po paru minutach szybkiego marszu, ojciec otworzył ciężkie, metalowe drzwi i znaleźliśmy się w podłużnym pokoju, znów całym białym. Na drugim końcu na czymś co przypominało ułamany filar, na poduszce leżało obsydianowe jajo. Było sporo większe niż jajko kury. Jeśli dotkniesz czubkami palców jednej ręki koniuszki palców drugiej ręki i je wyprostujesz, powinieneś mieć dobry obraz rozmiarów jaja.
Nie to jednak było najdziwniejsze w tym pokoju. Przez środek przebiegał szeroki dół. Zajrzałam do niego. Dna nie było widać. Nie dało się go przeskoczyć, jedyną możliwością dostania się na drugą stronę była kładka. Nie wyglądała zbyt pewnie. Drewno było zdecydowanie stare i się sypało.
Tata postawił stopę na kładce.
- Tato, nie – powiedziałam ostrzegawczo.
- Muszę, Ginny – odpowiedział i postawił drugą stopę na drewnie.
- Oni za chwilę tu będą! Nie mamy drogi odwrotu!
- Chwilę… - był już na środku. Deska niebezpiecznie zatrzeszczała.
- Tato, nie rób tego! – krzyknęłam.
- Ginny, nic mi nie będzie. Tylko to wezmę i uciekamy.
- Tato, musimy się pospieszyć! Oni zaraz tu będą! Zostaw to!  - ale on był już na końcu i brał jajo w ręce.
- Widzisz, nic mi nie jest – oznajmił, robiąc krok by stanąć obok mnie.
Wtedy otworzyły się drzwi. Ktoś popchnął tatę, spychając go do przepaści. Udało mu się złapać krawędzi. Ale tylko jedną ręką. W drugiej trzymał jajo.
Druga osoba złapała mnie w pasie i uniosła do góry.
- Teraz zobaczysz co stanie z twoim tatusiem za zdradę i próbę kradzieży - powiedziała kobieta za mną i trzymającym mnie mężczyzną.
- Nie zrobisz tego, Taylor. Ja mam to. – Ojciec ruszył ręką z jajem.
Podeszła do krawędzi. Zaczęłam się szarpać i wyrywać. Ona pochyliła się i wyjęła różdżkę z kieszeni na rękawie ojca. A potem nadepnęła mu na rękę.
- Dasz radę, Ginny! - usłyszałam spadającego Adama Area.
W tym momencie wyrwałam się z uścisku mężczyzny i podbiegłam do krawędzi krzycząc:
- Tato!
Nie usłyszałam odpowiedzi.
- Teraz odzyskam to co należy do mnie - Taylor wycelowała różdżką taty do przepaści.
- Wingardium lev... - zaczęła lecz przerwała gdy rzuciłam się na nią.
Biłam i kopałam Taylor. Tamten mężczyzna próbował ściągnąć mnie z kobiety.
Kątem oka zauważyłam jak coś wylatuje z przepaści i ryczy ogłuszająco. Nie zwracałam uwagi na czarnego smoka. Mężczyzna i inne osoby stojące w drzwiach, przybyłe zaraz po Taylor i tym gościu zaczęli uciekać gdy smok zaczął ciskać w nich kulami plazmy.
Jednak mnie to nie obchodziło. Chciałam zabić Taylor. Osobę, przez którą mój ojciec zginął. Kobiecie właśnie udało się sięgnąć  po swoją własną różdżkę i wycelować we mnie, gdy smok chwycił mnie szponami za koszulkę i wyleciał rozbijając sufit na kawałki plazmowymi kulami.
Zniknęliśmy w mroku nocy. Gula w gardle, która pojawiła się od powstrzymywania płaczu, nie pozwalała mi nawet krzyknąć ze strachu.
- Zostałam sama  – pomyślałam. – Zupełnie sama.
Te słowa odbiły się echem w moim umyśle.
Spojrzałam w dół. Było tak ciemno, że nie widziałam ziemi pode mną.
- Nie jesteś sama. Nikt tak do końca nie jest sam  – odezwał się ktoś spokojnym męskim głosem.
- Kim jesteś? – zapytałam zlękniona, rozglądając się dookoła.
- Nie posiadam imienia – odrzekł.
Może imienia nie miał, ale tajemniczości mu nie brakowało.
- To chociaż gdzie jesteś?
- W twoim umyśle.
- Ja zwariowałam – powiedziałam do siebie.
- I nad tobą – dodał głos.
Spojrzałam do góry. Ciemność. Nie potrafiłam odróżnić ciemności nocy od tej innej ciemności.
- Zwariowałam kompletnie – powiedziałam i coś sobie uświadomiłam. – Matko, dlaczego jakiś smok niesie mnie w powietrzu, a do tego do mnie gada?!
- Byłem ciekawy kiedy się zorientujesz.
- Przecież smoki nie istnieją!
W tej chwili (czyli w momencie, w którym to opowiadam) już wiem, że smoki istnieją. Wujek mojego kumpla je bada. A jeden, całkiem spory, strzeże wejścia do mojego domu.
- I tutaj się z tobą nie zgodzę. W końcu trzymam ciebie w łapach. Mam cię uszczypnąć? - zapytał.
(Widzicie? On tak ma do dzisiaj. Przez te dziewięć lat wcale nie zmienił się pod tym względem.)
- Nie dzięki. Możemy wylądować?
- Jak tam chcesz. Choć na mój gust to jesteśmy trochę za blisko tego miejsca, z którego uciekliśmy.
- Strefy 51.
- Nazywaj to jak chcesz. Ja bym leciał dalej.
Uderzające w powietrze skrzydła, miały uspokajający rytm. Jednak to nie wystarczyło.
- Ale wylądujesz   powiedziałam stanowczym głosem.
- Dlaczego?
- Bo cię o to proszę – postarałam się na najbardziej niewinny i dziecięcy głos jakim mogłam się odezwać w mojej własnej głowie.
- Gdybym nie był z tobą złączony, to bym cię nie słuchał. No ale jednak… - zaczął obniżać lot.
- Czekaj, że co? Złączony? – zdziwiłam się.
Wyobraziłam sobie krótką linę przywiązaną do mojej ręki i do łapy smoka. Na samą myśl się wzdrygnęłam.
- Nie zastanawia cię dlaczego możemy rozmawiać w twoim umyśle? – zapytał.
- Nie bardzo.
Smok prychnął.
- Jesteśmy ze sobą złączeni od chwili gdy się wyklułem. Nie mam pojęcia jak to się stało, bo mam wrażenie, że gdybym mógł sam z siebie wybrać osobę, z którą mam się złączyć to nie byłabyś ty –powiedział sarkastycznie.
- No dzięki. – Przewróciłam oczami.
Poczułam, że przestajemy lecieć w dół i nagle poruszone powietrze uderza mnie w twarz, rozwiewając włosy.
- Jesteśmy. – Ostrożnie postawił mnie na ziemi i sam położył się obok.
Po omacku pozbierałam naręcze gałęzi i jakoś je ustawiłam.
- Mógłbyś to podpalić?
Smok nie odpowiadając delikatnie strzelając plazmą w stos z gałązek podpalił go.
- Dzięki – odpowiedziałam siadając naprzeciwko niego i przysuwając się na bezpieczną odległość do ogniska.
- Wiesz, że nie musisz się mnie bać? – zagadał.
Nie odpowiedziałam. Zamiast tego skuliłam się wpatrując w płomienie.
Tata nie żyje. Nie mam gdzie się podziać. Jeśli wrócę do domu, wszyscy będą się wypytywać gdzie się podziewa ojciec i oddadzą mnie do Domu Dziecka. Nie chcę do Domu Dziecka.
Spojrzałam na moje karwasze. Używaj ich dobrze i godnie.
Mam inne przeznaczenie. One do czegoś służą. Dzięki nim nikt mnie nie dostanie tak łatwo.
- Masz jeszcze mnie – dodał smok.- Jeśli mnie nie odrzucisz zostanę z tobą i będę cię chronić. Znajdziemy sobie jakieś miejsce gdzie będziemy, żyć w spokoju. I gdzie staniesz się na tyle silna, by zemścić się na Taylor.
Czarny smok trafił prosto w sedno. Wstałam i podeszłam do niego.
- Mogę? – zapytałam.
On w odpowiedzi lekko się obrócił odsłaniając brzuch. Usiadłam opierając się o miękki i ciepły brzuch smoka. Łuski tam były delikatnie jaśniejsze niż na grzbiecie i nie tak twarde.
Owinął mnie ogonem i spojrzał na mnie zielonym okiem.
- Masz mnie.
- Mam ciebie – potwierdziłam i poczułam jak tworzy się pomiędzy nami nierozerwalny pakt. – Ja mam ciebie, a ty masz mnie.
Zaczęłam drapać smoka za uchem. Z jego gardła zaczął wydobywać się cichy warkot, który uznałam za mruczenie.
- Skoro nie masz imienia to może cię nazwę?
Mrugnął w odpowiedzi. Przez chwilę się zastanawiałam, aż przypomniała mi się historia, którą opowiadał mi tata. Raczej była wymyślona, ale kto wie. Nie będę opowiadać całej, bo zajęło by to za dużo czasu. Ważne jednak, że były sobie elfy i ludzie. Elfy nie były zbyt ufne w stosunku do ludzi i innych ras. Jednak tych ludzi, którzy szczególnie się zasłużyli elfom odznaczano mianem Przyjaciół Elfów. Otrzymywali oni pierścień, symbolizujący właśnie tą przyjaźń. Jeden z tych pierścieni i jedyny, którego imię znałam był błękitny i był nasycony ogromną energią, przez co był bardzo wartościowy. Smok strzelał niebieską plazmą. Stał mi się przyjacielem, przez co był dla mnie ważny.
- Nazywam cię Aren – oznajmiłam smokowi.
On chuchnął na mnie ciepłym powietrzem na wyraz zgody i zasnął.
Mój nowy członek rodziny. Jedyny członek rodziny.
Aren.
***
Obudziłam się zdrętwiała, ale było mi ciepło. Chwilę zajęło mi uświadomienie sobie co tutaj robię. A potem odezwał się głośny dźwięk , przez który zerwałam się na nogi i zaczęłam się rozglądać dookoła.
Dźwięk powtórzył się. Tym razem jednak udało mi się dowiedzieć skąd pochodzi. Burczało mi w brzuchu. Chwilę po tym jak się zorientowałam, poczułam wszechogarniający głód. Obudziłam Arena i powiedziałam mu o tym.
- Racja, przydałaby się sarna do zaspokojenia głodu – zgodził się.
- Nie umiem przygotowywać sarny. Nie możemy zjeść czegoś bardziej cywilizowanego? (Bogate słownictwo Ginny lvl pro.)
- Sarna jest cywilizowana.
- Aren… - skrzyżowałam ręce na piersi.
- Dobrze, znajdziemy jakieś miasteczko i tam poszukasz jedzenia. Ja w tym czasie zapoluję. Może być?
Smok wstał i otrząsnął się jak pies z trawy i ziemi.
-Pasuje.
***
Godzinę później Aren zawiadomił mnie, że widzi pod nami miasto o nazwie Hurricane w stanie Utah.
-Skąd wiesz? –zapytałam.
Posłał mi obraz tablicy z nazwą miasta.
- Aha. Ląduj – powiedziałam.
Smok zwinął skrzydła w połowie i zaczął opadać w dół sterując ogonem. Będąc blisko ziemi wyprostował skrzydła, spowalniając siłę naszego pędu. Parę razy nimi załopotał całkowicie wytracając prędkość i lądując na małym wzgórzu w pobliżu miasta.
Zeskoczyłam z niego i odsunęłam się trochę by Aren miał dość miejsca do startu.
- Jak skończysz to mnie zawołaj.
- Okay.
Odleciał pozostawiając mnie z dylematem, który dręczył mnie całą drogę. Mianowicie w jaki sposób zdobędę jedzenie. Nie mam pieniędzy. Nie wyglądam tak źle, żeby żebrać z powodzeniem i nie chcę się do takiego stanu doprowadzać.  Pozostała tylko kradzież.
Ruszyłam do Hurricane rozglądając się za miejscem skąd będę mogła coś zabrać. Po parunastu minutach dostrzegłam zaplecze jednego ze sklepu, ledwo widoczne od zewnątrz.
Weszłam do sklepu jak nigdy nic. Udając, że oglądam produkty, ukradkiem lustrowałam jaki dostęp do zaplecza ma sprzedawca. Gdy upewniłam się, że to porządnej roboty drzwi, a do tego zamknięte i bez szyby, wyszłam ze sklepu i przeciskając się pomiędzy dwoma budynkami trafiłam na małe podwórko z drzwiami na zaplecze. Na drugiej stronie podwórka była brama, a za nią droga. To tamtędy dowożono towary.
Podeszłam cicho do drzwi. Były uchylone. Wślizgnęłam się do środka i ukryłam w ciemnościach. Rozejrzałam się po magazynie. W ciemności widziałam tylko kształty, więc musiałam brać rzeczy na oślep. Nagle otworzyły się drzwi od strony sklepu. Na szczęście sprzedawca był odwrócony tyłem do mnie, bo rozmawiał z jakimś klientem. Cofnęłam się, chcąc się ukryć, ale wpadłam na kogoś. Jakiś chłopak, który stał z tyłu wydał cichy okrzyk gdy przewracaliśmy się na ziemię.
Sprzedawca urwał rozmowę i spojrzał w naszą stronę. Jednak zaraz potem od frontu sklepu dobiegł mnie dźwięk wybuchu. Sprzedawca natychmiast tam pobiegł, zostawiając nas w spokoju.
- Szybko! Bierz co musisz i spadamy stąd – usłyszałam głośny szept chłopaka, który zabrał coś z półki i popędził w stronę drzwi od podwórka.
Wzięłam bochen chleba z półki obok, którą widziałam dzięki otwartym przez sprzedawcę drzwiom, w drugą rękę chwyciłam butelkę wody  i pomknęłam za chłopakiem.
-Aren! – krzyknęłam w myślach do smoka i przesyłając mu obraz gdzie jestem.
Wypadliśmy z podwórza i zatrzymaliśmy się zdyszani dopiero po paru ulicach.
- Connor, masz? – krzyknął w naszą stronę jakiś chłopak idący z naprzeciwka.
Chłopak nazwany Connorem uniósł do góry rękę z czymś co ukradł.
Gdy tamten dotarł do nas przyjrzałam im się dokładniej. Byli prawie, że identyczni, choć Connor był trochę niższy od tego drugiego. Mieli te same ciemnobrązowe, rozczochrane włosy. Oboje posiadali niebieskie oczy, choć tylko oczy Connora dziwnie błyszczały.
-  Kim jesteście?- zapytałam.
- Connor…  - powiedział Connor.
- i Travis… - rzekł wyższy.
- Do usług  – zakończyli razem.
- Jesteście bliźniakami? – zapytałam.
- Nie. Na nasze nieszczęście tylko braćmi  – powiedział Connor.
- A ty? Jak się nazywasz? - spytał Travis.
- Przepraszam, ale muszę już lecieć. Dzięki za pomoc – powiedziałam w tym samym momencie i wyciągnęłam ręce na boki, a nurkujący smok złapał mnie za nie i z powrotem wzbił się w górę.
- Widziałeś to?! – usłyszałam jeszcze zdumiony krzyk Connora.
***
- Upolowałeś coś? – zapytałam gdy wylądowaliśmy parę kilometrów od miasta, bym mogła usiąść na grzbiecie smoka,  by nie musiał nieść mnie w łapach.
- Tak. Zdążyłem już zjeść. Ale poczekam na ciebie   zerknął na chleb i wodę.
- Dzięki. To gdzie lecimy? – wgryzłam się w chleb.
- Nie znam tych terenów. W ogóle nie wiem gdzie co jest. Wczoraj się wyklułem.
- W takim razie skąd nauczyłeś się polować, mówić i w jaki sposób urosłeś tak szybko? Jajo było nie większe niż ten chleb.
- Nie uczyłem się polować. Po prostu czułem, że robi się to tak, a nie inaczej. Mowy nauczyłem się od ciebie.
- Ode mnie?
- Nasze umysły są złączone. To co ty wiesz wiem i ja. Oczywiście jeśli nie zablokujesz tego przede mną. To działa również na odwrót. Dlatego czujesz, że jestem twoim przyjacielem i dlatego tak szybko mi zaufałaś. I dlatego ja znam całą twoją historię. Bo nasze umysły stały się jednością. Wciąż są osobno, ale jednak razem.
- Nie rozumiem wszystkiego, ale kiedyś pewnie to do mnie dotrze. A co z tym rośnięciem?
Smok zastanawiał się chwilę.
- Po prostu chciałem ci jak najszybciej pomóc, a do tego potrzebowałem być większy. Bardzo chciałem urosnąć, więc urosłem.
- Czyli teoretycznie jesteś w stanie z powrotem się zmniejszyć i powiększyć.
Zawahał się.
- Prawdopodobnie tak, ale nie wiem czy mi się to uda.
- Spróbuj.
Poczułam jak smok się skupia. Czekałam w milczeniu.
- Nic z tego. Nie umiem.
- No nic. Będziesz musiał poćwiczyć  – stwierdziłam.
- Mhm – potwierdził. – To gdzie lecimy?
- Lećmy na wschód. Na pewno będą nas szukać, a łatwiej będzie się ukryć w dużych miastach, których jest mnóstwo na wschodnim wybrzeżu. Jeśli tylko uda ci się opanować zmniejszanie.
- Poradzimy sobie. Masz mnie, pamiętasz?
Zaśmiałam się i przytuliłam do smoczej głowy.
- Mam ciebie, Arenie.
Pół godziny później wznieśliśmy się w powietrze. Wiatr niósł nas na swoich skrzydłach, dzięki czemu Aren leciał szybciej i mniej się męczył. Pod nami przesuwały się lasy, miasteczka, plątaniny dróg. Raz czy dwa ktoś z dołu krzyknął ze zdziwienia widząc przelatującą nad nim przerośniętego gada. Jednak nie krzyczał dalej, gdyż najwyraźniej stwierdził, że mu się coś przywidziało. Po południu smok wylądował, bym mogła rozprostować nogi, a on napić się z rzeki.
- Nie przeszkadza ci to, że ta woda jest taka brudna? –zapytałam biegając w tą i z powrotem.
- Oczywiście, że przeszkadza. Ale muszę coś pić. A ci którzy zanieczyszczają wodę niedługo mogą być narażeni na bombardowanie smoczymi odchodami – odpowiedział z wyższością, na co się uśmiechnęłam. Nie spodziewałam się, że smok będzie taki dumny. To trochę komiczne, ponieważ w jego głosie brzmiała autentyczna szczerość.
Taka rada na przyszłość. Jeśli kiedykolwiek spotkacie smoka, nigdy, przenigdy go nie obrażajcie. No chyba, że chcecie zostać pochłonięci przez pożogę smoczego ognia.
- Ogrodnicy by się ucieszyli. Wielka, śmierdząca bomba nawozowa spadająca z nieba. Sprzedawali by za fortunę produkty na naturalnym nawozie  – zaśmiałam się zatrzymując się i przyklękając przy rzece by oblać spoconą twarz wodą.
Aren także się zaśmiał, ale na swój własny smoczy sposób. Po chwili wstał, rzucając na mnie cień. Rozwinął skrzydła i trzepnął nimi raz na próbę. A potem błyskawicznie je zwinął i wskoczył do rzeki. Wielka fala zmoczyła mnie od stóp do głów, nie pozostawiając nawet suchej nitki.
- Musiałeś?
Czarny stwór chlapnął na mnie wodą za pomocą ogona i odskoczył jak mały kociak. Zachichotałam i weszłam po kolana do wody, ale się zatrzymałam. Nie umiałam pływać. Aren przestał hasać w wodzie i spojrzał na mnie zachęcająco. Zrobiłam jeszcze parę kroków do przodu tak, że woda sięgała mi do łopatek. Smok przysunął się w dziwny sposób, jakby ciągnął siedzeniem po dnie. Przekrzywił głowę i mrugnął, jakby zapewniając, że w razie czego mnie złapie. Niepewnie oderwałam stopy od gruntu i zaczęłam machać kończynami. Nie utrzymałam się ani chwili na powierzchni. Moja głowa od razu zanurzyła się w wodzie. Poczułam łapę Arena pod sobą, wypychającą mnie w górę. Gdy się wynurzyłam zaczęłam kaszleć i pluć wodą.
- Nie machaj tak szaleńczo rękami. Zrób to spokojnie i równomiernie. Połóż się na moim ogonie.
Spod wody wyprysnął czarny ogon. Aren przeniósł go przede mnie, a ja naskoczyłam na niego, tak że znalazł się pod moim brzuchem. Można powiedzieć, że na nim balansowałam, tyle że w wodzie było to prostsze niż w powietrzu. Zaczęłam odpychać wodę najpierw tylko rękami. Potem dołączyłam nogi. Nie tonęłam. Aren cały czas miał ogon pode mną, nawet gdy przestałam płynąć prosto i skręciłam. Nabierałam coraz większej pewności. Rozumiałam już w jaki sposób muszę się poruszać. Smok chyba to wyczuł, bo po pewnym czasie zorientowałam się, że ogona już nie ma pod moim brzuchem i pływam sama.
Gdy się zmęczyliśmy, wyszliśmy na brzeg i suszyliśmy się w czerwcowym słońcu. Kropelki wody osadzone na łuskach Arena odbijały światło rzucając na ziemię jasne plamki. I byłabym całkowicie szczęśliwa gdyby… gdyby nie to, że pomyślałam o tym żeby pochwalić się tacie nowo zdobytą umiejętnością. Nagle całe szczęście wyparowało razem z wodą na moim ciele. Na nowo zaczęłam rozmyślać nad śmiercią ojca. Co gdybym wcześniej rzuciła się na Taylor, albo nie pozwoliła tacie wchodzić na tą kładkę…
Mój smok naprawdę miał zdolność wyczuwania moich emocji. Owinął mnie ogonem i chuchnął ciepłym powietrzem w moją twarz, rozwiewając włosy na wszystkie strony.
- Nie myśl o tym. Co się stało to się nie odstanie. Nie obwiniaj siebie, ani nikogo innego, dopóki wciąż nie myślisz jasno z powodu śmierci ojca. Zostaw to na później.
Nie odpowiedziałam. Słońce przyjemnie ogrzewało moje plecy. Ogon smoka był doskonały do przytulenia. Dlatego też przytuliłam go, a po chwili zasnęłam.
***
- Ginny, obudź się. – Usłyszałam głos Arena w mojej głowie.
Zmarszczyłam nos, bo poczułam niezbyt przyjemny zapach. Pewnie to od tej wody z rzeki, w której się kąpaliśmy. Mruknęłam coś w stylu jeszcze pięć minut i przewróciłam się przodem na drugi bok. I wszystko było by normalnie, gdyby nie nagły chłód na plecach.
- Nie krzycz. Wstań powoli, żadnych gwałtownych ruchów. – Głos Arena był opanowany, jednak wiedziałam, że robi to ze względu na mnie.
Podniosłam się najpierw na kolana, a potem stanęłam na stopach. W zwolnionym tempie odwróciłam się do tyłu. Przede mną na ziemi siedział czterometrowy olbrzym. Opierał głowę i ręce na trzonku ogromnego topora. Stwór chyba spał. Jego wielka owłosiona pierś, rytmicznie unosiła się w górę i w dół. Z krzywego nosa ciekła zielonkawa, kleista ciecz. Potwór miał otwarte usta, pełne gnijących zębów z resztkami jedzenia pomiędzy nimi. Czyli ten zapach to jednak nie od rzeki.
Postawiłam ostrożnie nogę za sobą, a następnie drugą. Cofałam się, do Arena stojącego parę metrów od olbrzyma. Gdy poczułam ciepły bok smoka pod swoimi palcami, odetchnęłam z ulgi. Wspięłam się na mojego przyjaciela i usadowiłam na połączeniu szyi z tułowiem. Lekko opadłam gdy napiął mięśnie kucając, by skoczyć w powietrze. Aren odbił się od ziemi i rozłożył skrzydła. Myślałam, że się udało. Jednak się przeliczyłam.
Wielka łapa śmignęła obok mnie i uderzyła Arena zrzucając go na dół. Smok ciężko uderzył o ziemię. Spadłam z niego i przeturlałam parę metrów dalej. Olbrzym ryknął zwycięsko.
- Aren, nic ci nie jest?
- Jeśli nie liczyć złamanego skrzydła i zranionej dumy to nie, nic mi nie jest – powiedział. – Uważaj!
Ku mnie leciał wielki topór. Przez chwilę strach mnie sparaliżował. Miałam w końcu tylko sześć lat. Nim zdążyłam się ruszyć, Aren skoczył i chwycił w zęby moją koszulkę, przenosząc mnie dalej. Pół sekundy później w miejscu, w którym leżałam był wbity topór. Smok upuścił mnie na ziemię i odwrócił się do olbrzyma warcząc. Zdawało się, że jego łuski się najeżyły. Pomyślałam, że jeśli przeżyjemy będę musiała załatwić sobie jakieś siodło.
Aren wystrzelił kulą plazmy w olbrzyma. Zaskoczony wielkolud oberwał w ramię, które się zwęgliło i odpadło. Stwór jęknął głupkowato patrząc na kikut swojego ramienia. A ja w nagłym przypływie odwagi skoczyłam na niego i wbiłam mu ostrze w obojczyk. Olbrzym ryknął rozwścieczony i złapał mnie dwoma palcami za koszulkę. Uniósł mnie do góry i otworzył paszczę, z której wyleciał tak okropny zapach, że zwymiotowałam mu do buzi. Zachłysnął się i właśnie miał mnie rzucił na ziemię gdy z nieba coś zapikowało na wielkoluda. Wielka szara sowa przeorała jego twarz pazurami i zaczęła wydziobywać  mu oczy. Olbrzym próbował odgonić  ptaka, przez co puścił mnie. Przed bolesnym upadkiem uratował mnie Aren, który ślizgiem wpadł pode mnie, bym wylądowała na jego brzuchu. Przez naszą telepatyczną więź poczułam ból gdy przygniótł sobą złamane skrzydło. Zeskoczyłam z niego, a on ciężko stanął na nogach.
-Biegnij! Uciekaj! – krzyknęłam do niego.
- Nie zostawię cię! Nie dzisiaj, przepraszam – rzekł strzelając plazmą w olbrzyma.
Kula trafiła w nogę, przez co olbrzym padł na kolano. Sowa gdzieś zniknęła. Już nie próbowałam rzucać się na wielkoluda. Zaczęłam pakować w niego gwiazdki, ale niewiele to dawało. Był za duży. Doskoczył na jednej, zdrowej nodze do  topora i wyrwał go z ziemi. Rzucił nim w mojego smoka, ale ten zrobił unik i podbiegł do olbrzyma rzucając się na niego i rozdzierając mu szyję. Potwór próbował zrzucić smoka z siebie zasypując go gradem ciosów. W końcu zepchnął go z siebie tak, że Aren przekoziołkował przez ziemię, wpadając do rzeki. Olbrzym jednak nie ruszył za nim ani nie zaatakował mnie. Padł na ziemię, zamieniając się w proch i pył. Jedyne co po nim zostało to topór. Podbiegłam do rzeki. Arena nigdzie nie było.
- Aren? Aren! Gdzie jesteś?! -  zawołałam.
Nie odpowiedział.
- Aren! Coś ci jest? – wołałam myślami, bo w gardle znów miałam gulę nie pozwalającą mi normalnie mówić.
Wtedy zobaczyłam, że na rzece unosi się małe czarne coś. Nie był to zwykły śmieć. Wiedziona ciekawością zmieszaną z nadzieją, wskoczyłam do wody i podpłynęłam do tego. Chwyciłam to w rękę i wróciłam na brzeg. Gdy wyszłam z rzeki przyjrzałam się czarnej kulce.
- Aren?
Mały, czarny smok wielkości piłeczki palantowej, był zwinięty w kulkę w pozycji embrionalnej. Spróbowałam go obudzić, ale nie reagował na szturchnięcia i słowa. W końcu kierowana ostatnią nadzieją, podłożyłam mu palec przed nozdrza. Poczułam delikatny, ciepły powiew. Oddychał. Poczułam jak wlewa się we mnie ulga. I w tedy z nieba zleciała sowa, ta sama, która zaatakowała olbrzyma gdy miał mnie zjeść. Usiadła obok mnie. W dziobie trzymała jakieś zawiniątko. Ostrożnie wyciągnęłam rękę w jej stronę. Sowa położyła zawiniątko na mojej dłoni. Przysunęłam rękę do siebie i rozwinęłam pakunek. W środku była mała buteleczka ze złotawym płynem i kawałek batonika. Na tym leżała karteczka.
Parę kropel  powinno wystarczyć. Resztę wykorzystaj mądrze.
Sowa spojrzała na mnie z wyższością i odleciała. Nie bardzo wiedząc co ze sobą zrobić wzięłam buteleczkę do ręki i odkorkowałam ją. Odchyliłam dolną część pyska Arena i wlałam tam kropelkę złotawego płynu. Przez chwilę nic się nie działo. Wkropiłam jeszcze jedną. A potem smok poruszył się. Zauważyłam, że zadrapania zrobione przez olbrzyma zaczynają się goić. Delikatnie włożyłam go do swojego kaptura. Zwinęłam nowo otrzymane rzeczy z powrotem w zawiniątko i wzięłam karteczkę do ręki.
Parę kropel powinno wystarczyć. Resztę wykorzystaj mądrze.
- Dziękuję, kimkolwiek jesteś – szepnęłam.
Odwróciłam kartkę na drugą stronę. Byłam pewna, że jeszcze przed chwilą nic tam nie było, ale jednak.
Czas powrócić do domu. Do prawdziwego domu.
Do domu. Prawdziwego domu. Do Alamo? Nie, choć mieszkałam tam przez ponad rok, nigdy nie czułam się tam jak w miejscu, które mogłabym nazwać prawdziwym domem. Taty praktycznie nigdy w nim nie było. Czyli została jedna opcja. Czas powrócić do Nowego Jorku. Wstałam i spojrzałam na zachodzące słońce mrużąc oczy. Wywnioskowałam gdzie jest wschód i ruszyłam w tamtą stronę żwawym krokiem.
***
Gdy Aren się obudził szłam  drogą do Page w Arizonie. Słońce za moimi plecami prawie zaszło. W moim żołądku nieprzyjemnie burczało i zastanawiałam się czy nie zjeść kawałka batonika, który przyniosła sowa. Gdy już miałam po niego sięgnąć, poczułam jak smok rusza się w moim kapturze, a potem sztywno i powoli wspina się na moje ramię.
- Hej – przywitałam się.
Przez chwilę miałam wrażenie, że przez jego umysł przypływa wielka rzeka niewypowiedzianych myśli. Dopiero po chwili jakby chwycił jedną z nich i udostępnił ją do mojego odczytu.
- Witaj. Gdzie jesteśmy? – zapytał ziewając. Wyglądało to naprawdę przeuroczo. Jego mniejsza wersja była zdecydowanie bardziej podobająca się dzieciom. Chyba, że się było mną. Wtedy lubiłoby się wielkie, przerażające stworzenia, które latają  i zieją ogniem. Przecudowne.
- Parę kilometrów dalej od miejsca gdzie się zatrzymaliśmy ostatnio. Idziemy do Page. Fajnie byłoby znaleźć tam coś do jedzenia.
- Jedzenie powiadasz?
- Aha. Jesteś w stanie latać?
- Jeśli się najem - odpowiedział.
Westchnęłam.
- Nie ułatwiasz mi tego.
***
W Page udało nam się załatwiać jakieś jedzenie poprzez wzniecenie małego pożaru. Gdy wszyscy skoczyli by go ugasić, szybko wkradłam się do sklepu i wyniosłam tyle ile dałam radę. Parę godzin później byliśmy już w drodze.
***
(Trzy dni później)
- ... to powinno być gdzieś w pobliżu. Wyraźnie widziałam jak wlatuje w ten las.
- A my dawno minęliśmy Nowy Jork. Kto normalny każe swojemu smokowi lecieć za sową? - oburzał się Aren.
- Wiesz, nikt normalny nie ma smoka.
Mruknął coś w odpowiedzi, ale poleciał we wskazane przeze mnie miejsce.
Dwie godziny przedtem, na niebie pokazała się sowa, podobna do tej, którą widzieliśmy ostatnio. Jakiś czas potem zniknęła pomiędzy drzewami pod nami i mniej więcej od tej chwili Aren narzekał, że lot za sową jest bez sensu i uwłacza jego godności. Po wypadku z pewną wężową kobietą dnia poprzedniego, przestał tak bardzo ufać czemuś co wydaje się pomocne, a jednak takie nie jest.
- Patrz, tam coś jest! - wykrzyknęłam wskazując na część lasu gdzie przed chwilą coś mi mignęło.
Smok niechętnie zerknął w tamtą stronę. I rzeczywiście coś tam musiało być, bo zaczął obniżać lot. Wkrótce wylądowaliśmy na wzgórzu, przy wielkiej sośnie. W pewnym miejscu wzgórze opadało i odsłaniało dolinę z kilkunastoma budynkami i strumykiem. Było też widać parę osób przechadzających się pomiędzy domkami, ale nie zbyt dużo. Ogólnie to teren był piękny. Żadnych wieżowców, asfaltowych dróg, smrodu ulicy. Można by powiedzieć, że było to miejsce, do którego automatyzacja czterech poprzednich wieków nie dotarła. Ochoczo ruszyłam zboczem w stronę zabudowań, lecz się zatrzymałam. Aren za mną nie szedł.
- Co jest? – zapytałam.
- Nie mogę przejść. Tutaj jest jakaś bariera. – Wyglądał jakby próbował się przez coś przebić, ale to go nie przepuszczało. Przy każdym uderzeniu było widać delikatny niebieski impuls, odchodzący od miejsca gdzie łapa smoka stykała się z barierą.
Nagle obok mnie pojawił się jakiś chłopak krzycząc:
- Odsuń się!
Na oko miał z siedemnaście lat. Miał jasne brązowe włosy, podobne do moich. Był szczupły, a ramiona i nogi miał umięśnione jakby ćwiczył bieganie ze stukilogramowymi głazami na kilometr. W ręce trzymał brązowy miecz.
Zanim zorientowałam się co zamierza rzucił się na Arena. Smok wydał z siebie odgłos, który mógłby uchodzić za okrzyk zdziwienia. Machnął ogonem w stronę nóg chłopaka. Ten jednak uskoczył i z rykiem zamachnął się mieczem w stronę głowy Arena. Mój przyjaciel odbił ostrze łapą i ryknął. Zdecydowanie pokazał kto ryczy lepiej.
- Zostaw go! – wrzasnęłam na chłopaka, ale ten chyba myślał, że krzyczałam na Arena. – Odczep się od mojego smoka! – wydarłam się, chwytając siedemnastolatka w pasie i próbując przewrócić go na ziemię.
Ze względu na mój wzrost i siłę wynikające z wieku nie wiele zadziałałam. Chłopak delikatnie odtrącił mnie i rozejrzał się w poszukiwaniu Arena. Nie było go.
- Gdzie on jest? – zapytał z napięciem w głosie, obracając się w moją stronę.
Właśnie otworzyłam usta, by odpowiedzieć, ale chłopak szepnął:
- Nie ruszaj się.
Zerknęłam na moje ramię. Aren siedział na nim, nic sobie nie robiąc z kolesia, który przed chwilą go zaatakował. Majtał ogonem po moich plecach i czyścił sobie pazury przy prawej łapie.
- Zostaw go – warknęłam na chłopaka. – On nie jest groźny. Jeśli chce.
Siedemnastolatek trochę się rozluźnił. W tym czasie na wzgórze zdążyły dobiec inne osoby, zbawione rykiem Arena.
- Kim jesteś?
Co się dzieje? – pytali.
Ten z mieczem odpowiedział:
- Już nic. Wygląda na to, że mamy nową obozowiczkę. I smoka.
Rozległy się szepty: smoka?, o czym on gada?, że co?
Chłopak jednak uciszył ich gestem. Musieli go szanować, bo umilkli.
- Wyjaśnimy wszystko na kolacji. A teraz rozejść się, wracać do zajęć.
- A teraz możesz coś zrobić, żeby mój smok mógł tu wejść razem ze mną? – zapytałam przechodząc barierę w tą i z powrotem, a Aren za każdym razem spadał i znów wskakiwał na ramię.
Chłopak przez chwilę myślał, a potem powiedział:
- Ja, Aiden Ledger, daję ci pozwolenie na wejście na teren obozu.
Spojrzałam na niego ze zdziwieniem.
- I to wszystko?
Aiden pokiwał głową. Ruszył w stronę dużego niebieskiego domu umieszczonego na polu truskawek.
- Jak się nazywasz? – spytał wciąż idąc.
-Ginny Area – odpowiedziałam. – I nie widzę powodu, dla którego miałabym ci ufać.
Ledger prychnął z rozbawieniem.
- Bo zamierzałem cię ochronić przed smokiem?
-Aren wcale nie zamierzał mnie zabić?
- Tak, to jest dobry argument, ale ja o tym nie wiedziałem. Ale nie musisz się mnie obawiać. Ani nikogo innego stąd. Tutaj jesteś bezpieczna. Witaj w swoim nowym domu, Ginny. W Obozie Herosów. – Aiden rozłożył ramiona na znak, że to co mnie otacza to mój nowy dom.
- Obóz Herosów? Czemu to się tak nazywa? – zapytałam nie bardzo rozumiejąc.
- Jesteś herosem, tak jak ja i pozostali obozowicze. Jedno z twoich rodziców jest bogiem, drugie człowiekiem. – Zamilkł oczekując mojej reakcji.
Zapewne spodziewał się okrzyku zdziwienia, oburzenia, lub nagłego zrozumienia. Żadna z tych trzech opcji nie została wykorzystana przeze mnie.
- W takim razie to musi być bogini. Tata umarł. Parę dni temu – oznajmiłam beznamiętnie.
Westchnął. Miałam wrażenie, że jemu też się przydarzyło coś podobnego, ale byłam zbyt zajęta własnym smutkiem, żeby go o to zapytać.
- Nie martw się, młoda. Teraz my jesteśmy twoją nową rodziną. Możesz też pocieszać się tym, że twoja mama nigdy nie umrze. Chociaż to jest raczej przerażające – powiedział, a ja mimo niezbyt miłych wydarzeń ostatniego tygodnia, zaśmiałam się.
Aren zeskoczył z mojego ramienia i powiększył się do swoich prawdziwych rozmiarów, chyba tylko po to, żeby się popisać przed chłopakiem. Jak widać smocza próżność nie zna granic.
Aiden po drodze opowiadał mi o bogach i Obozie. Gdy dotarliśmy do budynku, który obozowicze nazywali  Wielkim Domem, zauważyłam, że na werandzie siedzi brodaty mężczyzna na wózku i gra w jakąś grę karcianą z pulchnym człowieczkiem ubranym w hawajską koszulę z tygrysim wzorem.
- Panie D., Chejronie  - przywitał się Ledger.
- Witaj Aidenie. Kogo ze sobą przyprowadziłeś? – zapytał koleś na wózku.
- To nowoprzybyła heroska, Chejronie. A tam jest jej smok.
Teraz Chejron zwrócił się do mnie.
- Jak się nazywasz?
- Ginny Area – odpowiedziałam. – To jest Aren. – Wskazałam na smoka, który się zmniejszył i wylądował na moim ramieniu.
Inwalida skinął głową.
- Ja jestem Chejron, centaur. A to jest pan D., dyrektor obozu.
Pan D. oderwał wzrok od swoich kart i przeniósł go na mnie. Przyjrzał mi się krytycznie, jakbym była kolejnym problemem na jego głowie, ale powiedział:
- Siadaj Grace. Umiesz grać w remika? Ty też Adam. – To mi boleśnie przypomniało o tacie, ale skinęłam głową dyrektorowi, że tak, umiem.
- Dobrze, Ginny, a teraz opowiadaj jak tutaj trafiliście – poprosił centaur.
Opowiedziałam, więc całą moją historię, pomijając tylko fragment o mojej kradzieży i spotkaniu tych dwóch chłopaków w Hurricane, przy okazji grając w remika. Mogłam wygrać, ale pan D., który siedział obok mnie, nieco mnie przerażał, więc dobrałam kartę i się nie wyłożyłam, pozostawiając zwycięstwo dla Chejrona. Jak się zdaje Aiden przyjął tą samą taktykę co ja, za to centaur inwalida wcale się tym nie przejmował i ze spokojem słuchał mojej opowieści przy okazji wygrywając kolejną rundę. Gdy skończyłam kazał Ledgerowi pokazać mi film instruktażowy i oprowadzić mnie po obozie.
Po obejrzeniu filmu wyjaśniło się dlaczego Chejron nazwał siebie centaurem, a pan D. znany także jako Dionizos był taki przerażający. Aiden, który okazał się być synem Ateny i zarazem grupowym domku numer sześć pokazał mi arenę, ściankę wspinaczkową, jezioro, odeon i powiedział który domek należy do którego boga. Na końcu zaprowadził mnie do jedenastki mówiąc:
- Będziesz tutaj mieszkać dopóki twoja matka cię nie uzna. – Nie powiedział tego ze zbyt wielkim entuzjazmem.
- Czyli jak długo? – spojrzałam na niego.
- Tak długo jak będzie trzeba.
Chyba zrzedła mi mina, bo uśmiechnął się przepraszająco.
- Zobaczysz, nie będzie tak źle. Pilnuj tylko swoich rzeczy, żeby nikt ci ich nie zwinął i nie bierz od nich rzeczy, których nie znasz, bo inaczej może się to źle skończyć.
Wprowadził mnie do środka i zawołał jakiegoś chłopaka o blond włosach. Na oko miał z szesnastkę. Przedstawił się jako Luke, grupowy domku Hermesa. Załatwił mi kawałek podłogi w przeludnionym domku i załatwił mi artykuły łazienkowe z magazynu. Gdy już się oswoiłam z gwarem jedenastki Luke zawołał, że idziemy na kolację.
Wyszliśmy przed domek i ustawiliśmy się od najstarszego do najmłodszego za Lukiem. Wylądowałam na szarym końcu, a dziewczyna stojąca przede mną miała przynajmniej pięć lat więcej. Pozostali obozowicze zrobili podobnie. Jedyną osobą zbliżoną mi wiekiem była blondynka z szóstki. Była starsza, ale nie aż tak bardzo jak cała reszta na tym obozie.
Na kolacji okazało się o co chodziło Aidenowi. Pan D. wstał i przedstawił mnie wszystkim obozowiczom pod błędnym imieniem: Grace Aguilera, na co wszyscy nieco się zdziwili, jednak Chejron poprawił Dionizosa i ogólne zainteresowanie moim nazwiskiem minęło. Szybko streścił jak się tutaj znalazłam.  Najwięcej zainteresował ich jednak Aren. Niektórzy z nich po raz pierwszy widzieli smoka.
Gdy po wieczornych zajęciach udaliśmy się na ognisko i śpiewy, poczułam że jestem tu bezpieczna. Od tamtego czasu uczyłam się walczyć ukrytymi ostrzami, czyli moją podstawową bronią, bo na miecze i łuki byłam za mała, ćwiczyłam biegi, wspinaczkę, uczyłam się greki. Mój nowy dom, który odtąd był moim domem już na zawsze, zajmował mi i Arenowi większość czasu i myśli. Smok sam sobie robił treningi, by utrzymać sprawność. Czasami można było zobaczyć jak wyczynia nieprawdopodobne akrobacje nad lasem, albo pikuje w stronę jeziora i płoszy pływające tam potwory. Czasami sam robił za przeciwnika obozowiczów.
***
Parę miesięcy później w dzień moich siódmych urodzin wydarzyła się jedna z najważniejszych chwil mojego życia.
Tego dnia z samego ranka po śniadaniu poszłam na lekcję greki, której nauczał Aiden. Cienka warstwa śniegu trzeszczała pod moimi butami gdy udawałam się nad jezioro gdzie najczęściej się spotykaliśmy na tych zajęciach.
Aren spokojnie drzemał w domku Hermesa, gdzie pilnował moich rzeczy, przed moimi współlokatorami.  Ponieważ nauczyli mnie zasady gdziekolwiek cokolwiek komukolwiek, potrafiłam odzyskać wcześniej stracone rzeczy jednak wolałabym ich nie tracić.
Podczas gdy przeprawiłam się przez stronę Homera nie zająkując się po raz pierwszy przybiegła Kayla, córka Hermesa, z wiadomością.
- Słuchajcie, Łowczynie przyjechały. Dziś wieczorem jesteśmy zmuszeni odbyć towarzyską bitwę o sztandar.
- Dzięki Kayla – odpowiedział Aiden.
Gdy spojrzałam na chłopaka ze zdziwieniem ten powiedział.
- Gdy Łowczynie Artemidy przybywają do Obozu Herosów odbywa się bitwa o sztandar. Przegraliśmy już pięćdziesiąt cztery razy.
- To dużo? – zapytałam.
Pokiwał głową.
- O wiele za dużo.
Po zawziętej lekcji szermierki z Lukiem, który najwyraźniej miał coś osobistego do Łowczyń i zajęciach plastycznych, na których pracowałam nad glinianą sową, zebraliśmy się w pawilonie jadalnym gdzie zjedliśmy obiad. Pół godziny później na stołach leżały zbroje i broń, a my się wyposażaliśmy. Najmniejszy rozmiar zbroi i tak był dla mnie za duży, więc dziwnie wyglądałam. Broni nie brałam ponieważ wszystkie, może oprócz sztyletów i łuków były za ciężkie, a mi starczyły ukryte ostrza.
Było nas mało. Na nasze szczęście Łowczyń było prawie tyle samo. W sumie byłam ja, Aiden, Luke, Annabeth, Kayla, Gerad, chłopak od Hefajstosa, Bran, syn Afrodyty i  Forgia, córka Demeter. Do tego jeszcze dochodziło parę innych obozowiczów, których i tak nie znacie.
Dostaliśmy północną część lasu. Postawiliśmy sztandar w strategicznym miejscu i sami ruszyliśmy po flagę Łowczyń. Wysłaliśmy minimalną grupę osób, czyli mnie, bo byłam najmniejsza i jeśli się dobrze ukryłam byłam niezauważalna oraz Annabeth również młodą i do tego bardzo inteligentną. Z drugiej strony, na ślepo poszedł jeszcze Luke, gdyby którąś z nas złapano. Na szczęście dotarłyśmy do bazy Łowczyń bez problemów. Kłopoty zaczęły się dopiero, gdy okazało się, że sztandar jest postawiony w takim miejscu gdzie doskonale go widać, ale ciężej jest go dosięgnąć. Było to możliwe, jednak wykraczało poza możliwości moje i Annabeth. Ja miałam zaledwie siedem lat, a ona dziesięć. Trzeba było coś wymyślić.
- Idź odwrócić ich uwagę, ja zajmę się sztandarem – powiedziała córka Ateny.
Wyszło jednak całkiem odwrotnie. Gdy wpadłam od tyłu na jedną z Łowczyń powalając ją na ziemię siłą rozpędu, pozostałe dziewice zwróciły się w moim kierunku, a Ann wybiegła po sztandar.
- Łapać ją! – krzyknęła jedna z dziewczyn, w srebrnej opasce i wycelowała w nią z łuku.
Wszystkie oprócz tej, na którą wpadłam rzuciły się na blondynkę, a ja nagle zostałam bez towarzystwa. Sztandar wciąż był poza moim zasięgiem. Trzeba było jakoś temu zaradzić. Wycofałam się z polany, by obmyślić plan. Obok flagi stała jedna Łowczyni z łukiem, z którego strzelała niezbyt rozsądnie w tłum swoich towarzyszek próbujących dobrać się do Annabeth. Coś mi zaświeciło. Musiałam się śpieszyć. Szybko zaczęłam pocierać ręką o kurtkę. Podbiegłam do dziewczyny przy fladze i dotknęłam jej kurtki. Słychać było cichy trzask, gdy kopnęłam ją prądem. Byłam na to przygotowana, ale Łowczyni niekoniecznie. Odruchowo cofnęła się i wpadła na sztandar zrzucając go niżej. Złapałam go w powietrzu i zaczęłam biec w stronę strumyka. Annabeth biegła za mną, bo wieczne dziewice ją puściły i zaczęły gonić mnie. Już by mnie złapały, ale na szczęście pojawił się Luke, któremu przekazałam sztandar jak pałeczkę w sztafecie. Zatrzymałam się zdyszana i czekałam aż Łowczynie mnie zaatakują. Ale nie zrobiły tego. Do dziś do końca nie wiem, z którego powodu.
Nagle zauważyłam nade mną hologramową szarą sowę, już gasnącą i Arena lądującego za mną. Właśnie otrząsnęły się z szoku, gdy rozległ się dźwięk konchy oznaczający koniec bitwy. Wszystkie wróciłyśmy nad strumyk gdzie stał Chejron, a obok niego Luke i jakaś Łowczyni, oboje ze sztandarami. Luke miał skwaszoną minę. Czyli nie wygraliśmy, ale…
- Chejronie! – zawołała Annabeth. – Ginny została uznana! To córka Ateny.
Wydawało się, że twarz dziewczyny, którą kopnęłam prądem trochę się rozluźniła, choć wciąż była na niej mieszanina radości ze zwycięstwa i zażenowania, że dała się pokonać siedmiolatce.
- Witaj Ginny Area, córko bogini mądrości! – przywitał mnie oficjalnie centaur.
Może i tego dnia przegraliśmy, ale ja czułam że wygrałam. Od tego dnia, moje życie zaczęło nabierać sensu. Zaczęłam rozumieć, że mam zadanie do wykonania. Jak powiedział tata: gdy nadejdzie czas, będę wiedziała. A ten czas właśnie nadszedł.
***
Wtedy nie wydarzyło się już nic ciekawszego, no może oprócz tego, że Łowczynie wkurzyły Arena i podpaliły Obóz. No i jeszcze Chejron zaczął mieć kłopoty z nie odpuszczającym dzieckiem.
*Pół roku później*
- Ale, Chejronie, zgódź się! Muszę tam lecieć! Od tego będą zależeć losy świata!
Centaur przestąpił z kopyta na kopyto.
- Właśnie, będą zależeć! Więc możesz zaczekać!
Wypuściłam powietrze jednocześnie wyrażając tym gestem, że już z nim nie mogę.
- Zrozum Chejronie! Muszę to zrobić teraz! Nie pytaj mnie skąd to wiem, po prostu wiem! I Aren się ze mną zgadza. Po za tym całą drogę będzie ze mną, nic mi się nie stanie!
Od sześciu miesięcy dręczyłam centaura, by puścił mnie i Arena z Obozu do Alamo. Rok temu tata powiedział mi o czymś ważnym ukrytym w naszym domu. Przez jakiś czas nie zdawałam sobie sprawy jak bardzo istotna to rzecz. Nie wiedziałam czym to jest, nie wiedziałam jak do końca się do tego dostać, jednak za pomocą pewnej wskazówki od matki zdołałam skojarzyć fakty. Musiałam to zdobyć zanim ktokolwiek inny by się do tego dobrał. Do Chejrona jednak to nie docierało. Nie chciał mnie puścić za nic samej, a ja nie chciałam brać żadnego towarzystwa oprócz Arena, bo wtedy musiałabym wyjaśniać po co się tam udajemy, a wolałabym tego nie mówić.
- Nie puszczę waszej dwójki samej! Gdy ostatnim razem byliście na zewnątrz prawie nie zginęliście!
Nagle naszą niezwykle głośną wymianę zdań przerwało wejście syna Hermesa. Luke miał kamienną twarz, ale pod tą maską widać było, że coś go ucieszyło.
- Tak, Luke? – zapytał trochę zdezorientowany koordynator.
Chłopak odchrząknął.
- Otrzymałem misję od ojca. Miałem sen, w którym karze mi przynieść złote jabłko z Ogrodu Hesperyd.
Centaur pokiwał głową ze zrozumieniem.
- Skoro to wezwanie od samego Hermesa, nie możemy z tego zrezygnować. Możesz wyruszyć jutro z samego rana. Jak zawsze do wyboru masz dwójkę towarzyszy…
- Nie chcę pomocy – przerwał mu szybko Castellan. – Potrzebuję tylko transportu.
W mojej głowie zaczął układać się plan.
- Ja mam propozycję… - rzekłam tak spokojnie, że mnie samą ten spokój zadziwił.
- Luke, idź na strych, odwiedzić Wyrocznię. Jeśli wrócisz, omówimy pozostałe kwestie. – Chejron mówił w taki sposób, jakby nie chciał bym przedstawiła mój plan, przy jakimkolwiek człowieku, może nawet nie chciałbym w ogóle go wyjawiła.
Gdy syn Hermesa wszedł do Wielkiego Domu, mój kopytny nauczyciel zapytał ostro:
- Co to za plan?
Skrzywiłam się. Poczułam się jakby mnie oskarżał o opowiadanie jakichś niestworzonych rzeczy.
- Skoro Luke potrzebuje transportu, a ja nie mogę się nigdzie wybrać bez towarzystwa to czemu nie moglibyśmy polecieć razem? Podrzucimy Luke’a do Nevady, skąd uda się do San Francisco. Ja i Aren załatwimy sprawy w Alamo, on zrobi swoje i wróci do nas, a potem razem przybędziemy tutaj. I wszystko pasuje.
Chejron nie wyglądał na zbyt przekonanego, ale musiał mi przyznać rację, że plan nie jest zły.
- Jeśli Luke się zgodzi, możesz ruszać razem z nim.
Powstrzymałam się od radosnego okrzyku i podskoku, zachowując stoicki spokój. Gdy grupowy domku jedenastego dołączył do nas, wydawał się trochę poruszony, ale przystał na moją propozycję.
***
Następnego dnia, ja i Luke siedzieliśmy na grzbiecie Arena  lecąc na zachód. Na dotarcie do mojego domu wyznaczyliśmy trzy dni. Potem syn Hermesa miał wypełnić swoją misję. Ustaliliśmy, że od czasu rozstania dajemy sobie cztery dni, a czwartego dnia spotykamy się w Las Vegas.
Droga była długa i nudna. Przez większość czasu graliśmy w zagadki albo spaliśmy na zmianę pilnując by drugie nie spadło. Po dwóch dniach byliśmy dość blisko Alamo, ale Aren powiedział, że musi odpocząć, więc wylądowaliśmy.
Luke poszedł pozbierać drewna na ognisko, a ja poszperałam w jukach zawieszonych przez grzbiet smoka i wyciągnęłam prowiant.
Aren od razu ułożył się wygodnie na ziemi i zasnął. Z nozdrzy unosiły się dwie blade smużki dymu, za każdym razem kiedy wydychał powietrze.
Kiedy syn Hermesa wrócił, rozpaliliśmy ognisko i zjedliśmy kolację. Siedziałam zamyślona, wpatrując się w płomienie. Wtedy odezwał się Luke.
- Wiesz co tam znajdziesz? – zapytał. – Wiesz w ogóle czego szukasz?
- Wiem, że znajdę biblioteczkę z książkami.
- A co jest w książkach?
- Tego nie wiem – westchnęłam. – Nie wiem nawet czy to czego szukam jest w nich, za nimi, na nich, czy może jest to tylko zwykła kupa papieru, a ja nie potrzebnie robiłam sobie nadzieje.
Luke pokiwał głową, jakby rozumiał w jakiej jestem sytuacji.
Nagle poczułam ogromne zmęczenie. Oczy same mi się zamknęły.
***
Stałam na przystanku autobusowym razem z Arenem w kapturze  i synem Hermesa o kamiennej twarzy. Czekaliśmy na autobus, który miał zabrać Luke’a w dalszą podróż. Nie odzywaliśmy się do siebie. Nawet Aren siedział cicho, chociaż przez całą dotychczasową wędrówkę sypał sucharami.
W Alamo było szaro. Chmury zaledwie o parę odcieni ciemniejsze od nieba zwiastowały deszcz. Niemiły chłodny wiatr wiał nam w twarze i poruszał drzewami, które rosły przy drodze.
W końcu transport chłopaka przybył. Ten spojrzał na mnie i powiedział na pożegnanie:
- Za cztery dni w Las Vegas. Nie spóźnij się.
Nim zdążyłam odpowiedzieć cokolwiek, wsiadł do autobusu.
Idąc ulicą do miejsca, gdzie stał mój dawny dom, myślałam nad dziwnym zachowaniem Luke’a. Nic jednak nie przychodziło mi do głowy, a myśli o nim wypychała ekscytacja dotycząca tego co mnie czeka na miejscu.
W momencie gdy znalazłam się przed drzwiami budynku, pojawił się pierwszy problem. Nie miałam klucza. Nie chciałam tłuc szyb, bo mogłoby to wzbudzić zainteresowanie sąsiadów. Dlatego też Aren wywlekł się  z kaptura i jedną, dobrze wycelowaną, małą kulką plazmy zniszczył zamek, otwierając drzwi.
Ostrożnie weszłam do środka. Smok rozłożył skrzydła i poleciał rozejrzeć się po domu. Gdy zaglądałam do kuchni usłyszałam jego głos.
 - Wszędzie pusto.
- To dobrze. Chodźmy po to po co tutaj przyszliśmy.
Stanęłam przed biblioteczką. Była jeszcze bardziej zakurzona niż zwykle. Aren załatwił jakąś ścierkę, a ja wytarłam szybko kurz z zewnętrznej części książek, żeby się nie udusić przy ich wyciąganiu.
Wzięłam losową książkę i spróbowałam otworzyć. Mimo iż wyglądała na normalnie, okazało się, że była zamknięta. Przypomniały mi się słowa ojca.
Książki mogą ci się kiedyś przydać, choć wszystkie są zablokowane i od teraz tylko dwie osoby  mogą dowiedzieć się co jest w środku. A jedną z nich jesteś ty. Jednak sposób w jaki musisz to zrobić, sama będziesz musiała odkryć.
Nie miałam jednak żadnego pomysłu. Zaczęłam wyciągać inne książki i próbowałam je otwierać. Wszystkie były zamknięte. Została ostatnia. Nie mając już kompletnie nadziei, odrzuciłam ją na stolik za sobą i skupiłam się na szukaniu jakichś znaków i symboli na biblioteczce.
Nagle poczułam jak Aren jednym susem wskakuje mi  na ramię i zwija się w kulkę.
- To coś mnie kopnęło – poskarżył się.
Odwróciłam się i spojrzałam na miejsce skąd prawdopodobnie skoczył smok.
Na stoliku, w miejscu, w które została rzucona ostatnia książka, leżała ta sama książka. Tyle że otwarta.
- Jak to zrobiłeś?
- Nie wiem.
Aren podleciał do książki.
- Jesteś w stanie otworzyć pozostałe?
Smok ruszył ku najbliższej książce i dotknął ją pyskiem. Nic się nie stało.
- To chyba działa jednorazowo.
Przyjrzałam się uważnie otwartej księdze. Obróciłam ją w swoim kierunku i zaczęłam czytać to, co było napisane na otwartych stronach.

Półbóg ćwierćkrwi wystawion będzie,
by przetrwać los co nić jego przędzie.
Jeden z dwojga wytrwać może w wierze,
drugiemu zaś to życie odbierze.
Żywym być może tylko w miłości pętach,
której nadzieja leży w krwi odmętach.
W smoczym oddechu będzie skąpany,
by kielich chylił, przez śmierć nie szarpany.
Ziemia zasłana ciałami nieśmiertelnymi,
ćwierćkrwi istota stoi nad nimi.
Niebiosa Olimp i cała Ziemia,
wszystko zależy od trzech światów stworzenia.
Bliżsi niż rodzeństwo, z różnego zrodzenia,
bez siebie nawzajem nie ocalą od zniszczenia.
Przepowiednia ta musi zostać ujawniona,
obdarzona znakiem córka Ateny tego dokona.